Poradnik wędkarski

 
 

Karpiowe łowisko

Dobrze wybrane miejsce to  pewny sukces. Wiosną karp lubi się wygrzewać. Szuka ciepłej wody i wychodzi na płycizny.

Idealne łowisko to wtedy rozległy szczyt górki, jakaś kilkuarowa łacha, gdzie głębokość wody nie przekracza półtora metra. Latem karp szuka pokarmu na głębokości od dwóch do sześciu metrów. Zwykle łowię wtedy na górkach. Więcej brań jest na szczytach, znacznie mniej na stokach, a bardzo mało u podnóża. Pewnie bierze się to stąd, że na różnych głębokościach różna jest też temperatura. Jesienią, we wrześniu i październiku, karp schodzi jeszcze niżej. Łowię wtedy na stokach lub u podnóża górek na głębokości co najmniej czterech metrów.

W wyborze łowiska pomaga sondowanie dna i mapa głębokości jeziora z zaznaczeniem górek, stoków i rodzaju dna (twarde, muliste). Jeśli przy sondowaniu czuć zapach siarkowodoru, to w takich miejscach karp na pewno nie będzie się trzymał. Tam, gdzie nie da się jeziora sondować z łodzi, można użyć markera, czyli zawiązanego na końcu żyłki jaskrawego spławika z dużym przelotowym ciężarkiem. Po rzucie napręża się żyłkę zatapiając spławik do samego ciężarka, a potem popuszcza z kołowrotka po pół metra żyłki aż marker pokaże się na powierzchni. Ilość popuszczonej żyłki wskazuje jak głęboko jest w tym miejscu. Po ściągnięciu ciężarka metr lub dwa całą operację powtarza się od początku.
Przed ostatecznym wyborem łowiska kilka dni poświęcam na jego obserwację. Staram się wejść z lornetką na jakieś wzniesienie lub nawet na drzewo i z góry poobserwować taflę wody. Najlepiej, kiedy widać żerowanie karpi. Łatwo je odróżnić od innych ryb, bo po karpiach zostają nie pojedyncze pęcherzyki, ale całe gejzery baniek powietrza. Zwracam też uwagę, gdzie karpie się spławiają. Jeśli w jakimś miejscu widać je częściej, to znak, że lubią się tam trzymać. Niekiedy w słoneczny dzień stado karpi wygrzewa się pod powierzchnią. Gdzie karp lubi przebywać, tam czuje się bezpiecznie i tam najprawdopodobniej żeruje, a jeżeli nawet nie, to gdy w pobliżu znajdzie zanętę, z pewnością nią nie pogardzi. Przy wyborze łowiska uwzględniam też rodzaj dna. Karp raczej wybiera muł, choć zdarzają się wyjątki.
W ustronnym miejscu można łowić duże karpie nawet 15 metrów od brzegu, ale im więcej na nim ludzi i hałasu, tym dalej trzeba łowić. Bezpieczna odległość to około 50 metrów. Powyżej 80 metrów można się już zachowywać dość swobodnie, bo z tej odległości karp mało zwraca uwagi na to, co się dzieje na brzegu.

KUCHNIA
Kulki proteinowe robię zawsze według jednego przepisu. Oto składniki na kilogram ciasta. Z tej porcji można zrobić 150 - 170 kulek zanętowych o średnicy półtora centymetra.
Dwie szklanki mąki kukurydzianej,
 - dwie szklanki mleka w proszku,
- szklanka mąki pszennej,
- szklanka kaszy manny,
- sześć jajek,
- dwie łyżki stołowe miodu pszczelego,
- dwie łyżki stołowe oleju jadalnego,
- barwnik spożywczy,
- atraktor (zapach).

Barwnika daję tyle, żeby ciasto miało zdecydowany kolor. Czerwone i brązowe kulki lepiej widać na dnie jasnym. Na dno muliste dobre są kulki żółte.
Atraktora w proszku daję trzy czubate łyżeczki, a w płynie - jedną łyżeczkę (ok. 5 ml). Moje sprawdzone zapachy to truskawka, wanilia, róża, krewetka, wieloowocowy (tutti-frutti) i tzw. scopex, czyli skoncentrowany wyciąg z krabów i małży.
Składniki płynne, tj. jajka i miód, miksuję i stopniowo dodaję do nich wymieszane składniki suche. Powinno z tego wyjść jednolite, dość twarde ciasto, takie jak na kopytka. Jeżeli jest za rzadkie, dosypuję mąki kukurydzianej, jeżeli za twarde, dolewam mleka.
Zwykle z kilograma gotowego ciasta odłączam dziesięć dag na duże kulki, które pójdą na włos. To ciasto musi pachnieć bez porównania silniej niż zanętowe, dlatego dodaję do niego dwie łyżeczki suchego atraktora lub niepełną łyżeczkę scopexu.
Po wyrobieniu ciasta robię z niego wałki i formuję kulki specjalną maszynką albo ręcznie. W czasie gotowania kulki zwiększają swoją średnicę o 25 - 30%. Jeśli zatem chcę nęcić kulkami nie większymi niż półtora centymetra, to z surowego ciasta robię kulki o średnicy 10 - 12 mm. Kulki na włos o średnicy 15 - 20 mm po ugotowaniu mają 20 - 25 mm.
Tak sporządzone kulki będą po ugotowaniu tonęły. Jeżeli potrzebuję na włos kulek pływających, oblepiam ciastem kawałki styropianu lub korka. Można też zrobić kulki pływające ze zwykłych kulek tonących. Trzeba je tuż po ugotowaniu prażyć w piekarniku w temperaturze około 130 stopni przez 15 - 20 minut. Większe zaufanie mam jednak do pływających kulek ze styropianem, bo w czasie prażenia ulatnia się zapach.
Kulki gotuję wrzucając je na wrzątek. Wcześniej do wody dodaję łyżeczkę tego samego atraktora, jakim wzbogaciłem ciasto. Wyrównuje to częściową utratę zapachu przy gotowaniu. Do naczynia wrzucam naraz tylko tyle kulek, żeby każda leżała osobno na dnie. Mniej więcej po minucie gotowania kulki wypływają na wierzch. Od tego momentu gotuję je jeszcze dwie minuty. Ugotowane kulki wyciągam łyżką cedzakową i rozkładam na ściereczce, żeby wyschły. Wysuszone kulki można przechowywać w lodówce w płóciennym woreczku przez tydzień. Najlepsze są świeże, dlatego jednocześnie robię tylko tyle, ile potrzeba na kilka dni. W ostateczności kulki można podzielić na dzienne porcje i zamrozić w foliowych woreczkach. Ponieważ mrożone kulki częściowo tracą zapach, do każdego woreczka dosypuję szczyptę atraktora.

NĘCENIE
Karpiowe łowisko trzeba zanęcać codziennie co najmniej przez tydzień, zawsze o tej samej porze.
Zwykle wykładam zanętę na całej górce. Przedtem oznaczam jej szczyt w taki sposób, żeby nie przeszkadzało to później w holowaniu karpi.
Na początku nęcę kukurydzą i kulkami. Karp to ryba ciekawska. Jeżeli wejdzie w kukurydzę, to nawet jeśli nie zna kulek, nie oprze się, żeby ich nie spróbować. Jak spróbuje raz, drugi i trzeci, będzie go można na te kulki złowić. W pierwszym dniu wypływam łódką lub pontonem i na obszarze kilku metrów kwadratowych na szczycie górki wysypuję 5 - 7 kg surowej, słodkiej kukurydzy. Przez długi czas, zanim nie napęcznieje, będą ją mogły jeść tylko karpie. Prawie miesiąc pozostanie świeża i nie ma obaw, że zakwasi łowisko. Kukurydzy musi być tyle, żeby na dnie utworzyła jakby dywan. Dopiero na nim kładę 50 - 70 kulek zanętowych o średnicy 10 - 15 mm. Ważne jest, żeby z początku kulki były na wierzchu, bo wtedy karpie, jedząc kukurydzę, muszą się na nie natknąć. Później, kiedy już przywykną do kulek, bez trudu znajdą je w mule. Duży karp potrafi sięgnąć nawet czterdzieści centymetrów w głąb mułu.
Po dwóch dniach nęcę ponownie, tak samo jak za pierwszym razem. Potem codziennie donęcam tylko kulkami. Nie potrzeba więcej niż 20 - 25 sztuk. Karpie nie muszą najeść się do syta. Wystarczy, że znajdą co nieco do zjedzenia i będą przypływać regularnie. Do 50 metrów strzelam kulki z procy. Jeśli nęcę dalej, rzucam je przy pomocy kobry. Staram się trafić w koło o średnicy 10 m. Często kilka kulek umieszczam blisko brzegu. Jeśli następnego dnia ich nie ma, to można być pewnym, że na łowisku też zostały zjedzone.
Zawsze przed nęceniem łowisko bacznie obserwuję, jeśli widać jakieś banieczki lub zawirowania wody, to znaczy, że karpie są. Łowić zaczynam wtedy, gdy oznaki żerowania trwają przez dwa - trzy dni z rzędu. Jeśli tych oznak nie widać, nęcę przez dwa tygodnie.
Na każdym jeziorze karpie reagują na inny zapach. Gdy nie znam dobrze łowiska, staram się zdobyć informacje od miejscowych karpiarzy. Jeśli to się nie uda, zaczynam nęcić dwoma rodzajami kulek. Moja ulubiona kombinacja to scopex i róża. Dobre jest też zestawienie zapachów truskawki i wanilii. Kiedy zaczynam łowić, to na wędkach mam kulki w obu zapachach. Później stopniowo przechodzę na łowienie i nęcenie kulkami o tym zapachu, na który mam więcej brań.
W dniu łowienia nie strzelam kulkami, żeby karpi nie spłoszyć. Przy zarzucaniu zestawów dowiązuję do haka rozpuszczalną nić, na którą nawlekam pięć kulek zanętowych pokrojonych na połówki. Kulki kroję po to, żeby były dla karpi mniej atrakcyjne niż kulki na włosie.  Właściwą porcję zanęty wystrzeliwuję dopiero po skończonym łowieniu.
Jeżeli w nowym łowisku przez dwa - trzy tygodnie nie mam brań, to znaczy, że źle wybrałem i zaczynam wszystko od początku w innym miejscu.

ZESTAWY KARPIOWE
Łowiąc karpie metodą włosową, używam trzech podstawowych zestawów.
Zestaw z długą rurką antysplątaniową. Nadaje się na dno muliste. Pozwala stosować długie przypony (40 - 50 cm). Zestaw rzadko się plącze, nawet przy bardzo dalekich rzutach. Jego wadą jest pływalność rurki, która nie opada na dno, tylko ukośnie stoi w wodzie, co może karpia spłoszyć.
Zestaw helikopterowy. Na końcu żyłki jest przypięty do agrafki ołów, a nad nim, na rurce antysplątaniowej, krótki przypon (15 - 20 cm). Nazwa wzięła się stąd, że w czasie rzutu przypon kręci się z rurką wokół żyłki głównej. Zestaw helikopterowy stosuję na dno twarde.
Krótka rurka antysplątaniowa, tzw. igiełka. Rurka jest sztywna, krótka i tonąca. Mało widoczna dla karpi. Można do niej zakładać tylko krótkie przypony, do 20 centymetrów. Zestaw wszechstronny. Nadaje się i na dno twarde, i lekko muliste. Dobry do łowienia na „bałwanki” (dwie kulki proteinowe).
Zamiast szczegółowo objaśniać ogólne zasady budowy zestawów, spróbuję przedstawić rolę poszczególnych elementów.
Rurka antysplątaniowa. Dzięki niej przy rzucie zestaw się nie plącze. Stosuję rurki miękkie i długie (do pół metra) do zestawów karpiowych lub krótkie i sztywne, tzw. igiełki, firmy Technipeche. Najlepsze są rurki czarne lub ciemnozielone. Rurka musi być zawsze dłuższa od przyponu. Wyjątek stanowi „igiełka”.
Specjalny klips do wymiennego mocowania ciężarków (technipeche). Klips stanowi jakby przedłużenie rurki i jest z nią połączony ciemnym gumowym wentylkiem. Z braku klipsa można naciągnąć na koniec rurki kilka dużych gumowych stoperów lub kawałków ciemnego wentylka, a między nie ciężarek z wtopionym krętlikiem lub krętlik przyponu przy zestawie helikopterowym. Jeśli używa się wentylków, trzeba je zablokować oplotem z nitki. Nie powinno się zakładać między stopery krętlika z agrafką do wymiennego mocowania ciężarków, bo to zwiększa odstęp między rurką a ciężarkiem, a przez to i możliwość splątania zestawu przy rzucie.
Ciężarek. Najważniejsze jest dobranie jego wagi do siły wyrzutu wędziska. Przy wędziskach karpiowych nie podaje się zwykle ciężaru wyrzutowego, tylko ciężar (w funtach) potrzebny do ugięcia szczytówki. Najczęściej spotykane wędziska  2 lbs, 2 1/2 lbs i 2 3/4 lbs pozwalają na bezpieczne wyrzucanie ciężarków o wadze odpowiednio: 60, 75 i 90 g. Zazwyczaj dla bezpieczeństwa zakładam ciężarki o 10 g mniejsze od podanego maksimum. Przy donęcaniu kulkami nanizanymi na nić rozpuszczalną odejmuję od ciężarka kolejne 10 gramów. Jeśli warunki na to pozwalają, zakładam ciężarek jeszcze mniejszy - taki tylko, żeby się nim swobodnie dało dorzucić na łowisko i ani grama więcej. Ciężarki powinny mieć kształt łezki, bo wtedy, dzięki małym oporom powietrza, dalej lecą. Powinny też mieć wtopiony krętlik, na którym mogą się swobodnie obracać. Maluję je na czarno, żeby były słabo widoczne na dnie, a dobrze widoczne przy rzucie, na tle nieba. Można wtedy kontrolować, czy zestaw leci prawidłowo.
Gumowy stoper. Nawlekam go na żyłkę między klipsem a krętlikiem. Dzięki niemu klips nie zbija węzła. Stoper musi być duży, żeby się nie klinował. Przy zestawach bez klipsa stoper można zastąpić wentylkiem naciągniętym na koniec rurki.

Przypon. Musi być bardzo miękki, żeby przy wsysaniu kulek proteinowych karp nie wyczuł oporu. Robię go ze specjalnej plecionki do przyponów karpiowych firmy Technipeche. Wolę plecionki ciemne, a więc czarne lub ciemnozielone, w ostateczności pstre. Jeśli nie mogę dostać plecionki, robię przypon z miękkiej żyłki 0,25 mm. Na dno muliste przypon powinien mieć 30 - 40 cm, nie może jednak być dłuższy niż rurka antysplątaniowa. Na dno twarde wystarczy 15 cm.
Wiązanie przyponu zaczynam od zrobienia na końcu plecionki małej (do 1 cm) pętelki do mocowania kulki proteinowej. Odmierzam tyle plecionki, jak długi ma być włos. To zależy od tego, co chcę na niego nawlekać. Jeśli to ma być jedna kulka, zostawiam włos dwa razy dłuższy niż trzonek haka. Lepiej, żeby włos był za długi, bo w razie potrzeby można go potem owinąć wokół trzonka. Haczyk wiążę za pomocą „węzła bez węzła”. Przekładam plecionkę przez oczko wkładając ją od strony zewnętrznej haka, okręcam włos i trzonek haka siedem-osiem razy nawijając zwoje od oczka w stronę łuku kolankowego, po czym przekładam plecionkę od strony zewnętrznej przez oczko i zaciągam. Taki węzeł można w każdej chwili rozwiązać i zawiązać na nowo zmieniając długość włosa. Jeżeli przypon jest z żyłki, haczyk wiążę normalnie, a włos robię z nici dentystycznej lub z ciemnej stilonowej nitki przywiązanej do łuku kolankowego. Przypon obowiązkowo kończy się krętlikiem, który w czasie holu chroni żyłkę przed skręceniem.
Używam haków karpiowych typu firm Owner i Partridge. Wszechstronne wielkości to jedynka i dwójka.  Nadają się do kulek od 20 do 35 mm. Do łowienia na kukurydzę i mniejsze kulki wiążę haki numer cztery, pięć i sześć.

KOMBINACJE Z PROTEINAMI
Kombinować z przynętą trzeba zawsze. Kuszenie na rozmaite sposoby to podstawowa zasada przy karpiach.
Zaczynam „po bożemu”. Na zestawy zakładam proteinowe kulki, takie same, jakimi nęciłem, ale większe (20 - 25 mm) i mocniej pachnące. Specjalnym szydełkiem przekłuwam kulkę, przewlekam włos i stopuję kawałkiem słomki albo specjalnym plastikowym stoperem. Kulka po założeniu powinna dotykać kolanka haka. Jeśli włos jest za długi, okręcam go wokół trzonka.
Na jedną wędkę zakładam kulkę tonącą, a na drugą pływającą. Przy kulce pływającej trzeba przypon dociążyć śruciną, bo inaczej unosiłaby się nad dnem. Dobrze jest wypróbować to przy brzegu. Ma być tak: śrucina się opiera o dno, haczyk sterczy do góry, a nad nim unosi się kulka. Jeśli dno jest twarde, zaciskam śrucinkę 3 - 4 centymetry od haczyka. Jeżeli muł jest bardzo rzadki, taka „maślanka”, to śrucinkę zaciskam w odległości 8 centymetrów. Wtedy ołów zapada się w muł, a haczyk i kulka sterczą tuż nad dnem.
Gdy karpie nie interesują się kulką leżącą na dnie, zakładam na włos „bałwanka”. To po prostu dwie kulki: pierwsza tonąca, a druga pływająca. Haczyk wtedy leży, a bałwanek stoi sam na dnie. Zwykle druga kulka jest mniejsza i ma inny kolor. Zapach może być taki sam, ale nie musi. Są takie zestawienia zapachów, które do siebie pasują, np. truskawka z krewetką, truskawka z wanilią, scopex z krewetką.
Kombinuję przy każdym przerzuceniu wędki. Wymieniam kulki na świeże, zmieniam kolory, zapachy, zakładam bałwanki. Kiedy widzę, że karp żeruje w zanęcie, a brań nie mam, albo są tylko lekkie trącenia, zmieniam kulki na mniejsze (zanętowe).
Na każdym łowisku od czasu do czasu sięgam po tradycyjne karpiowe przynęty, a więc kukurydzę i ziemniaki. Używam specjalnej kukurydzy puszkowej cukk. Jest duża i na tyle twarda, że przy rzucie nie spada. Na włos zakładam 4 - 5 ziarenek. Żeby unieść kukurydzę nad dno, na włos między ziarna daję dwa kwadraciki pianki. Przed zarzuceniem sprawdzam przy brzegu, czy pianki uniosą ziarna, ale tak, żeby haczyk leżał na dnie. Z ziemniakiem jest taki problem, że jeśli się go założy na włos w tradycyjny sposób, to przy rzucie spada. Jeden z kolegów wymyślił, żeby włos mocować do sprężynki od długopisu wkręconej w ziemniak. Sprężynkę trzeba skrócić o połowę, trochę rozciągnąć i oczyścić z obcych zapachów. Wkręca się ją tak, żeby cała się schowała, ale nie wyszła na drugą stronę ziemniaka.
Marzeniem każdego karpiarza, oczywiście także i moim, jest znalezienie ustronnego, nikomu nie znanego łowiska, w którym pływa karp z mchem na grzbiecie. Poszukiwania więc nie mają końca. Trudno trafić na taką wodę z ogromną rybą, ale muszę powiedzieć, że złowienie kilkunastokilogramowej sztuki w dzikim stawie z trudno dostępnymi brzegami to także ogromne przeżycie.

KARPIOWA ZASIADKA
Żeby karp dobrze brał, temperatura wody powinna być powyżej 10 stopni.
Ciśnienie musi być powyżej 1000 hPa. Wiatr północny lub północno-zachodni. Bardzo dobra jest też pogoda bezwietrzna. Latem duże karpie żerują wczesnym rankiem, późnym popołudniem i w nocy. Jesienią - przez cały dzień, z wyjątkiem wczesnego ranka. Duże karpie mają swoje godziny żerowania i raczej nie da się ich zmienić nawet długotrwałym nęceniem. Ważne tylko, żeby zaczynać łowienie przed stałą porą nęcenia. Dobrą wskazówką jest pora brań w poprzednim dniu. Jeśli tylko pogoda, a zwłaszcza ciśnienie, się nie zmieniły, to prawie pewne, że karpie przypłyną o tej samej godzinie.
Po przyjeździe nad wodę najpierw obserwuję łowisko. Gdy widać oznaki żerowania, to wiadomo, że karpie tam są i nawet gdyby zarzucenie wędek je spłoszyło, to wrócą najdalej po kilku godzinach. Lustrowanie wody po zarzuceniu wędek nic nie daje, bo przez jakiś czas i tak nie będzie ich widać.
Pora na montowanie sprzętu. Im dalej chce się rzucić, tym dłuższych i mocniejszych wędzisk trzeba użyć. Wędziskiem 2 3/4 lbs można wyrzucać zestawy 90-gramowe nawet na sto metrów. Do tego pojemny kołowrotek, najlepiej z wolnym biegiem szpuli. Na wodzie bez zaczepów hamulec reguluję miękko, na tyle tylko, żeby kij pod obciążeniem dobrze pracował. Tam, gdzie są zaczepy, ustawiam hamulec trochę poniżej wytrzymałości żyłki i wędki, żeby w razie potrzeby dać rybie pełny opór, na jaki mnie stać. Ustawiając hamulec trzeba wziąć pod uwagę, że będziemy zacinać nie przy pełnej szpuli, ale po wyrzuceniu zestawu na kilkadziesiąt metrów. Przy szpuli częściowo opróżnionej do zastartowania hamulca jest potrzebna większa siła niż przy pełnej.
Żyłkę zakładam 0,30 mm, ale wynika to tylko z mojego podejścia do holu. Nie ma to wpływu na branie karpi. Dwieście metrów żyłki w jednym kawałku to jest minimum. Rodzaj żyłki zależy od charakteru łowiska. Na wodzie, gdzie nie ma zaczepów, zakładam żyłkę rozciągliwą, która jest miękka i pozwala na komfortowy hol. Jeśli w wodzie są jakieś zaczepy, pomosty, stare kołki, biorę żyłkę sztywną, spiningową, by w czasie holu mieć nad karpiem kontrolę.
Ponieważ zwykle łowię na podwodnej górce, jedną wędkę zarzucam na szczyt, a drugą na stok.
W ostatniej fazie rzutu koniecznie trzeba zestaw przyhamować, żeby wpadł do wody wyprostowany. Jeśli rzuciłem za daleko, podciągam go gdy tylko wpadnie do wody. Później już zestawu nie ruszam, bo zagrzebałbym kulkę w mule. Czekam, aż żyłka utonie i wtedy ostrożnie wybieram luz.
Branie karpia potrafi być bardzo gwałtowne, dlatego kołowrotek trzeba ustawić tak, żeby odchodząca ryba nie wciągnęła wędki do wody zanim wędkarz zdąży zareagować. Jeśli kołowrotek ma system wolnej szpuli, wystarczy go włączyć. Żyłka powinna być naprężona. Gdy wieje wiatr, woda ściąga żyłkę. Wtedy dokręcam pokrętło hamulca wolnej szpuli na tyle, żeby żyłka nie schodziła z kołowrotka. W zwykłym kołowrotku po zarzuceniu zestawu trzeba otworzyć kabłąk, a żyłkę można wcisnąć pod gumkę recepturkę założoną na rękojeść.

Obecnie mam specjalny karpiowy statyw (rod-pod) z sygnalizatorami i tzw. swingerami sygnalizującymi popuszczenie żyłki. Przy wstecznych braniach, kiedy karp weźmie i płynie do brzegu, swinger opada, przesuwa żyłkę w czujniku i go uruchamia. Kto nie ma swingera, może obciążyć żyłkę zwykłym wskaźnikiem brań, który przy zacięciu spada z żyłki. Jego waga zależy od siły wiatru. Im większy jest napór na żyłkę, tym wskaźnik powinien być cięższy. Należy go podwiesić pod wędką w połowie wysokości, żeby mógł zarówno opaść, jak i podnieść się do kija.
Karp musi zestaw solidnie pociągnąć. Nie ma sensu zacinanie delikatnych „piknięć” sygnalizatora. Albo karp wziął kulki i ma już hak wbity w pysku, albo nie wziął i wtedy żadne zacinanie nie pomoże. Jeżeli zestaw jest dobrze zmontowany, to zwykle ryba zacina się sama. „Zacięcie” wędkarza to tylko poprawka, żeby się hak lepiej wbił. Kiedy karp idzie w stronę brzegu, może przepłynąć kilka metrów, zanim zdążymy zareagować. Dlatego przed zacięciem trzeba zwinąć luz żyłki.
Walka dużego karpia na wędce zależy od jego płci. Samiec robi piękne, dalekie odjazdy, walczy siłowo. Samica kombinuje. Robi młyny, przekręca się, usiłuje wplątać żyłkę w zaczepy, tnie ją płetwą grzbietową. Dlatego w czasie holu staram się wędkę trzymać jak najwyżej, żeby żyłka nie szorowała karpiowi po grzbiecie. Lubię holować miękko i pozwalam karpiom na długie odjazdy. Tylko kiedy karp idzie w trzciny lub zawady, hamuję go tyle, ile muszę.
Ląduję ryby do dużego podbieraka na sztywnej ramie i trzymetrowej rękojeści. Czy muszę dodawać, że je wypuszczam

żródło http://www.wedkarz.pl/wp-webapp/article/2699