Poradnik wędkarski

Trochę o nęceniu

Trochę o nęceniu
Zanęta
 Tym razem będzie nie o sposobach prostego nęcenia, lecz odwrotnie: przedstawię pewne wątpliwości i skrupuły, które nurtują z pewnością nie tylko mnie. Więc będzie o nęceniu obfitym i bardzo skutecznym, co wcale nie znaczy, że dobrym dla wody i ryb. Dlatego budzącym nieco kontrowersji na dwóch szeroko pojętych płaszczyznach: etyka i ekologia.
W ubiegłym tygodniu „Mepsik” napisał o stosowanej przez niego zanęcie. Dodam, że z niecierpliwością czekałem na wypróbowanie pomysłu z drobnymi kawałkami skórek pieczywa, unoszącymi się ku powierzchni i odciągającymi drobnicę od zalegającego na dnie pola zanętowego. Okazji się doczekałem, ale... przez weekend złapałem jedynie opaleniznę. Ryby też zrobiły sobie plażę, totalnie ignorując dziesiątki wędkarzy i ich wysiłki. Ani razu nie dostrzegłem ataku drapieżnika, nawet drobnica, której tam pełno, nie oczkowała.
 
 We wspomnianym tekście było też o rewelacyjnym działaniu coco belge: silne działanie przeczyszczające (zdaje się, że kozieradka działa dokładnie tak samo), co powoduje, że ryba staje się jak pompa ssąco - tłocząca: jednym otworem pobiera, drugim jednocześnie wydala. I żre bez opamiętania, ciągle czując niedosyt.
To zawodniczy sposób. Znakomity wtedy, gdy na brzegu wąskiego kanału siedzi kilkudziesięciu wędkarzy i każdy chce wygrać. Więc każdy musi przekonać ryby z okolicy, że jego stołówka jest najlepsza. Czym? Ano obfitością podanego pożywienia, czyli kilka, kilkanaście litrów zanęty. Aż na dnie rzeczywiście powstaje dywan sporej grubości. Normalnie ryby już po pół godzinie byłyby wypchane po przełyki. Ale ponieważ dostają środek na przeczyszczenie, więc nie mają szansy na rzeczywiste napełnienie brzuchów.
 
 Z mieszanymi uczuciami odnoszę się do takiej praktyki. Jak by nie patrzeć - jest to zakłócenie normalnych procesów biologicznych, zmuszanie ryb do określonych zachowań, czemu one przeciwstawić się nie potrafią. Gdyby odnosiło się takie działanie do ludzi - w prostej linii trafia się pod paragraf. Prozaiczny przykład: dyskretnie podany jakiejś dzierlatce silny afrodyzjak bądź narkotyk, podlany alkoholem. Jak się panience zabawa po wszystkim nie spodoba, gdy zrobi badanie krwi, a z wynikami badań pobiegnie do prokuratora, to sprawca leży i kwiczy.
Oczywiście z tym przykładem mocno przejaskrawiłem. Tym bardziej, że ryby głosu nie mają prawda? Niemniej zapytam: czy ktoś chciałby postąpić w ten sposób w odniesieniu do własnego zwierzaka domowego? Żeby ukochany pies czy kot nieprzerwanie trzymał nos w misce, a drugą stroną paskudził na podłogę? Oki, to było pytanie retoryczne...
Nie wiem, jak po takim zabiegu czują się ryby. Nie wiem, czy w ogóle, a jeśli tak, to jak długo, chorują po „sportowej” zabawie, zaaplikowanej przez wędkarską brać, pucharów i satysfakcji spragnioną.
Niemniej nietrudno sobie wyobrazić, jakie skutki niesie to dla łowiska, szczególnie małego, z wodą stojącą. Po takim zabiegu na dnie zapewne nie zostaje ni okruszka zanęty. Lecz w przyrodzie nic nie ginie! Zostają więc... oczywiście rybie odchody. Karma na wpół przetrawiona, więc fermentująca jeszcze szybciej, niż zanęta w oryginalnej postaci. Ktoś powie, że ryby i tak wydalają, a przecież do ubikacji nie chodzą? Zgoda. Ale każde środowisko ma swoją równowagę, której zakłócenie może przynieść opłakane skutki. Zakłóceniem jest podawanie zanęty, szczególnie w nadmiarze, lecz jeszcze większym - wydaje się być skumulowanie niespodziewanie wielkiej masy rybich odchodów na stosunkowo małej powierzchni.
 
 W rzekach bądź dużych zbiornikach wody stojącej, gdzie występuje mnóstwo prądów - wszystko dość szybko ulegnie rozproszeniu i biodegradacji. A w hektarowej czy mniejszej, zamulonej, płytkiej sadzawce?
Absolutnie daleki jestem od tego, by „Mepsika” posądzać o podtruwanie wody. Przeciwnie - jestem całkowicie przekonany, że wie co czyni i mądrze to czyni. Chciałem jedynie zasygnalizować istnienie problemu tym spośród Użytkowników i Gości, którym zdarza się łowić w małych i bardzo małych zbiornikach. Tam nadmiar zanęty, czy to przetrawionej przez ryby sprowokowane wędkarskimi sztuczkami, czy kwaśniejącej bez przetrawiania, staje się po prostu szkodliwy. Woda kwaśna, ryby, jeśli nie chorują, to trzymają się możliwie daleko, a w rezultacie i wędkarze moczą kije zupełnie na próżno. Wytłumaczeń dla tego stanu rzeczy szukając wszędzie, byle nie w błędach przez siebie popełnionych.